Siedem ataków na statki towarowe w ubiegłym miesiącu w pobliżu wybrzeży Rumunii i Bułgarii — członków NATO — zmusiło sojusz do reakcji: NATO zapowiedziało rozmieszczenie morskich samolotów patrolowych, radarów i dronów w celu wzmocnienia swojej wschodniej flanki na Morzu Czarnym. To, co zaczęło się jako zagrożenie dla żeglugi handlowej, jest coraz powszechniej odczytywane jako test czerwonych linii sojuszu — i trafia dokładnie na jedne z najruchliwszych szlaków towarowych regionu.

Skalę zagrożenia najłatwiej ująć w liczby w Bułgarii. Ekonomista Sztelio Nożarow, cytowany przez bułgarskie medium SEGA w komentarzu po prezydenckim zwycięstwie wyborczym Iotowej, powiedział, że przez Morze Czarne przepływa 20–25 proc. bułgarskiego importu i eksportu — zboża, metale, chemikalia i ropę naftową. Mówiąc wprost: nawet ćwierć handlu zagranicznego kraju zależy od wód, które załogi towarowców przecinają dziś pod ryzykiem ataku.

Nie dziwi więc, że południowe alternatywy wracają na stół. Stanowisko opublikowane przez bułgarski serwis ekonomiczny i relacjonowane przez grecki K-TYPOS wskazuje, że jeśli Bułgaria chce uzyskać dostęp do Morza Egejskiego przez port „Filippos II”, powinna finansowo przyczynić się do połączenia kolejowego z bułgarskimi portami nad Morzem Czarnym. Przekaz jest prosty: dostęp do Morza Egejskiego jest na wyciągnięcie ręki, ale od Sofii oczekuje się współfinansowania połączeń kolejowych, które uczynią go realnym.