Coś zmieniło się w rytmie europejskich autostrad — a to Polska wyznacza tempo. Nowe dane rejestracyjne pokazują, że to właśnie ten kraj napędza odbicie rynku ciężarówek w UE — odbicie na tyle wyraźne, że najcelniejsze pytanie branży nie brzmi już, czy Europa znów kupuje ciężarówki, ale dlaczego Wielka Brytania zostaje w tyle. Gdy polscy przewoźnicy wracają do salonów, unijne liczby idą za nimi — a teraz wracają masowo.

Najbardziej uderzający szczegół kryje się pod samym nagłówkiem. Wśród ciężkich pojazdów ciężarowych liczba aut klasyfikowanych przez ACEA jako ładowane elektrycznie — takich, które można naładować z zewnętrznego źródła energii — skoczyła w całej UE o 59,9%. To nie jest powolny dryf; to krzywa wzrostu, która w jednym cyklu budżetowym przepisuje plany zakupów flotowych. Ciężarówki bateryjno-elektryczne i hybrydy plug-in przechodzą ze statusu eksponatów targowych do pozycji w formularzach zamówień.

Ekonomia coraz mocniej sprzyja też takim krajom jak Polska. Paneuropejskie badanie cen szybkiego ładowania plasuje medianę dla kraju na 2,54 zł za kWh — czyli około 0,59 euro — liczbę, którą menedżer logistyki może od razu wpisać do arkusza kosztów na kilometr. Tanie elektrony same w sobie nie sprzedają ciężarówek, ale czynią argument o całkowitym koszcie posiadania dramatycznie łatwiejszym do wygrania w sali zarządu.